PREZESI ROD WSPOMINAJĄ WIGILIĘ (4) – “Moje wigilie”

Niedługo będziemy sobie składać życzenia świąteczne. Pamiętam wiele wigilijnych wieczerzy. Najpierw w domu rodzinnym, w Brodach, gdy wygłodniały po całodziennym poście, z trudem wytrzymywałem do wieczora. Potem w Opolu, we własnym domu. Inne to były wieczerze, ale także podniosłe i warte zapamiętania. Co się zmieniło, a co jest w nich trwałe?

Po pierwsze, trwałe jest oczekiwanie. Kiedyś czekałem na gwiazdę betlejemską, bo to był sygnał na wieczerzę, a potem na prezenty. Teraz niby też czekam. Ale post nie jest już tak ścisły, jak kiedyś, więc mniej na wieczerzę. Prezenty mniej cieszą, niż kiedyś, więc nie na prezenty. Pozostaje gwiazda. W sumie nie jest to oczekiwanie czegoś fizycznego, tak jak kiedyś, ale bardziej oczekiwanie metafizyczne. Jest to oczekiwanie dnia, godziny, potem chwili. Jakaś nadzieja, jakaś radość. Bardzo jednak niekonkretna.

Po drugie, wigilie łączył opłatek. Pozornie wyglądało to jednakowo. Zawsze leżał na odrobinie siana, przykryty białą serwetką. Zawsze łamaniu towarzyszyła powaga. Płacząca ze wzruszenia niegdyś matka, teraz żona. I życzenia dyktowane przez miłość. Tylko treść życzeń zmieniła się i choć ciągle są to życzenia serdeczne, to jednak coraz więcej mówi się o zdrowiu, o życiu. Coraz mniej o sukcesach i nadziejach. Cieszymy się, że jeszcze raz możemy sobie życzyć. A sukcesy mniej cieszą, tak jak porażki mniej smucą. To dystans do życia.

Po trzecie, moje wigilijne wieczerze łączą kolędy. Jako dziecko wykrzykiwałem kolędy. Czułem radość śpiewania. Syty, zachwycony prezentami, śpiewanie kolęd było śpiewaniem samego siebie, śpiewaniem radości istnienia. Teraz jest inaczej. Nie sobie śpiewam, ale narodzonemu Dziecku, które jeszcze nie wie, co Go czeka, choć my już wiemy. Cieszymy się, że jest z nami, ale wiemy, że końcem jego drogi będzie Golgota. To dlatego, że znamy i swój kres. Rodzice odeszli od nas, wyznaczając ślad, którym podążymy.

Te same wieczerze wigilijne, stały się inne. Na pewno nie tak radosne, jak dawniej, ale za to bardziej dostojne. To dlatego, że w miejsce dawnego „ja” pojawiło się „my”. A to „my” to i „Oni”. „Ja” się zatraca, rozpływa, traci na ważności. Taki jest sens życia.

 Bartłomiej Kozera Prezes Okręgu Opolskiego PZD